The Plot to Kill the Pope - Pięćdziesiąt jeden


Ucieczka szeregowego Downeya pod skrzydła Solomona Bennetta przysporzyła mu bezsennych nocy. Zawsze uważał się za patriotę, nie zdrajcę, ale Bennett przekonał go, że kradzież mistralitu w szlachetnym celu ochrony kraju była czynem patriotycznym. Sprzedaż go grupie milionerów i koncernom farmaceutycznym (jak planowała generał Calhoon) nie leżała w interesie mas. Jednak kiedy nadszedł dzień operacji i Downey odegrał swoją rolę, pomagając Bennettowi i jego ludziom w dostaniu się na teren Dworu Landingham, szeregowy zaczynał mieć wątpliwości. Było za późno, by się wycofać, a sumy, które płacił mu Bennett, nie pozwalały mu odejść. Ale mieli zginąć ludzie. W perspektywie, plan Bennetta mógł ocalić tysiące osób, może nawet miliony, ale w najbliższym czasie mieli zginąć niewinni ludzie. Dzisiaj.
Tim Downey miał objawy lękowe, odkąd pamiętał. Lekki sen był jednym z objawów. Chroniczny ból brzucha pojawiał się, kiedy coś naprawdę go gryzło.
O 11:30 brzuch bolał go strasznie, jakby obawy zacisnęły wokół niego niewidzialną pięść. A powodem tego była świadomość, że gdy tylko Frankenstein pojawi się we Dworze, Downey miał zrobić coś, czego bał się bardziej, niż czegokolwiek wcześniej. Miał zastrzelić swojego przyjaciela, szeregowego Dane’a O’Kane’a. Downey i O’Kane mieli pilnować bramy w czasie przyjazdu gości. Gdy tylko pojawi się Frankenstein, Downey miał przyłożyć pistolet do głowy O’Kane’a i strzelić. Ilekroć o tym myślał, przewracało mu się w żołądku. Jako że to tego nieprzyjemnego wydarzenia pozostało niecałe pół godziny, postanowił skorzystać z okazji i postawić kloca. Przypomniał sobie mądre słowa, które wypowiedział jego ojciec na łożu śmierci. „Zabicie najlepszego kumpla dobrze jest zacząć od dobrego gówna.” Okej, może nie powiedział dokładnie tego, ale coś w tym stylu.
Zostawił O’Kane’a samego przy bramie i ruszył do głównego budynku. Nawet trucht po podjeździe był nieprzyjemny. Gdy przebiegał przez wykrywacze metalu umieszczone w drzwiach, jego pistolet wywołał alarm.
Jeden z ochroniarzy, młodziak o imieniu Liam, kazał mu oddać broń i ponownie przejść przez wykrywacz, na wszelki wypadek. Druga próba się powiodła i Liam oddał mu pistolet.
– Gdzie jest najbliższy sracz? – zapytał Downey, bardzo próbując nie tańczyć „tańca kupy”, który zwykle wykonują dzieci, kiedy naprawdę im się chce.
Liam wskazał schody pośrodku głównego holu.
– Do góry – powiedział. – Ludzie z bronią nie mogą korzystać z tych samych toalet co goście. Idź na górę i skręć w prawo.
– Dzięki.
Gdy Downey biegł w górę schodów, Liam krzyknął jeszcze:
– I uważaj. Był mały wypadek. Ktoś porzygał się do pisuaru. Jest zatkany i cieknie. Siki są wszędzie!
Downeya nie obchodziło, ile sików czy rzygów było na podłodze. Zamierzał usiąść w czyściutkiej kabinie z rolką papieru toaletowego. O tym marzył.
Szybko szedł korytarzem na piętrze, aż znalazł męską toaletę, o której mówił Liam. Otworzył drzwi i zaczął rozpinać pasek, żeby oszczędzić trochę czasu. Smród szczyn i rzygowin w łazience był bardziej dokuczliwy, niż się spodziewał. Łazienki na dworcach pachniały o niebo lepiej. Z głośników zamontowanych w ścianach płynęła muzyka, zapewne po to, by zagłuszać hałasy, które zamierzał wydawać z siebie Downey. Rozpoznał piosenkę. Little Drummer Boy Davida Boviego i Binga Crosby’ego. Kolejny bożonarodzeniowy kawałek, jakby nie nasłuchał się ich dość przez ostatni miesiąc.
Po lewej zobaczył długi, przestarzały pisuar, o którym mówił Liam. Na tym polegał problem Dworu Landingham. Niektóre rzeczy były za stare. Pisuar wyglądał jak przyklejone do ściany świńskie koryto, szerokie na tyle, by mogło przy nim stanąć sześciu mężczyzn, szczających i rozmawiających o piłce nożnej jednocześnie (i cały czas patrzących przed siebie). Był wykonany z metalu, a umieszczona na wysokości kolan rynienka (która na pewno była sprawczynią niejednego nieprzyjemnego „odprysku”) miała sześć cali głębokości. Aż po brzegi wypełniało ją morze ciemnożółtej uryny z kawałkami wymiocin unoszącymi się na powierzchni. Część wylała się na podłogę i ciekła w kierunku trzech kabin po drugiej stronie pomieszczenia.
I to ma niby być eleganckie miejsce!
Downey ominął syf na podłodze i podszedł do pierwszej kabiny. Na jej drzwiach ktoś nakleił kartkę z czarnymi literami tworzącymi słowo:
NIECZYNNE
No kurwa!
Niewidzialny stoper w jelitach Downeya już rozpoczął odliczanie do momentu zrzutu i mężczyzna czuł, że kiedy odliczanie dotrze do zera – bez względu na to, czy będzie siedział na tronie czy nie – jego flaki wyrzucą z siebie curry z poprzedniego wieczora. Zaczął się wyścig z czasem.
Pięć.
Cztery.
Na szczęście na drzwiach drugiej kabiny nie było kartki z napisem NIECZYNNE. Wszedł do środka i zamierzył się do zdjęcia spodni, ale zobaczył, że muszla nie miała deski. I dokoła pokrywał ją mocz. Nie było szans, żeby na tym usiadł, a nawet nad tym kucnął.
Trzy.
Dwa.
Nie było czasu. Albo trzecia kabina, albo zesra się na podłodze!
Wycofał się z drugiej kabiny i wpadł do trzeciej, ostatniej. Nie miał okazji ocenić stanu muszli, bo na jego drodze stał wielki facet w czerwonej kurtce i żółtej masce w kształcie czaszki z czerwonym irokezem.
Czerwony Czub.
Jeden.
Czerwony Czub złapał Downeya za gardło, podnosząc z ziemi. Pośladki Downeya zacisnęły się mocniej niż wcześniej. Popatrzył w otwory w masce, we wpatrujące się w niego oczy. Było to martwe spojrzenie, pozbawione emocji.
Nagle, bez ostrzeżenia, został rzucony w kierunku cuchnącego, przepełnionego pisuaru za jego plecami. Jego pośladki nie mogły dłużej utrzymać ścisku. Wylądował na podłodze przy pisuarze dokładnie w chwili, kiedy jego majtki wypełniła fontanna ekskrementów, które niespecjalnie złagodziły upadek. Gówno rozprysło się wszędzie, po nogach i plecach.
Czerwony Irokez wyszedł z kabiny. Pochylił się i złapał Downeya za blond włosy. Uniósł go lekko i uderzył jego głową o metalowe koryto pisuaru. Uderzeniu towarzyszyło głośne brzdęk i drganie, które spowodowało, że fala sików i rzygów spłynęła po jego głowie, w dół szyi i pod koszulę.
Próbował wstać, żeby stawić czoła przeciwnikowi, ale jego buty ślizgały się na sikach na podłodze. Wyciągnął rękę, próbując się na czymś podeprzeć. Jego dłoń trafiła na koryto pisuaru, a palce zatopiły się w morzu ciepłego moczu i wymiocin. Czerwony Irokez ponownie pociągnął go za włosy, obrócił go i wetknął jego głowę prosto do zbiornika.
Mocz oraz kawałki wymiocin i kukurydzy wypełniły usta i nozdrza Downeya. Nie spodziewał się tego, przez co porcja tej mieszanki wpłynęła do jego gardła oraz w głąb nosa. Szarpał się, nie mogąc zaczerpnąć tchu, i próbował wyciągnąć głowę z korytka, ale Czub trzymał mocno.
Downey wierzgał w sikach, zaciskając ręce na krawędzi pisuaru w nadziei znalezienia podparcia, które możliwi mu podniesienie się i wynurzenie z sześciocalowego jeziora szczyn. Walczył przez niecałą minutę, po czym poddał się i utopił w pisuarze pełnym paskudztw, z gaciami ciężkimi od własnego gówna.
Czerwony Czub zaciągnął ciało Downeya z dala od pisuaru, do kabiny z napisem NIECZYNNE. Otworzył ją kopnięciem i cisnął ofiarę do środka. Posadził trupa Downeya na muszli i przez chwilę patrzył na jego pozbawioną życia, złożoną do krzyku twarz. Pierwsze morderstwo tego dnia dokonane. Dobrze było znów założyć maskę. A jeszcze lepiej było zabijać.
Zabrał Downeyowi broń i obmył ją w pobliskiej umywalce, przy okazji czyszcząc swoje dłonie dużą ilością mydła. Rzut oka w lustro przypomniał mu, jak dobrze wyglądał w masce. Znów czuł się niepokonany. Odezwał się głos w jego głowie.
Znajdź Baby i Devona. Zabij całą resztę.

< poprzedni

Komentarze

Popularne

The Day It Rained Blood - Dwa

The Day It Rained Blood - Prolog

The Day It Rained Blood - Jeden